Alicja w Krainie Nudy


Dziś postanowiłem krótko rozprawić się z kolejnym filmem Tima Burtona, który ostatnio dane mi było obejrzeć po raz drugi. Mowa tutaj o "Alicji w Kranie Czarów", będącej pewnego rodzaju wariacją czy też umowną kontynuacją słynnych powieści Lewisa Carrolla. Pamiętam, że na premierę tego tytułu wyczekiwałem bardzo długo z ogromną niecierpliwością i dużymi nadziejami. Twórczość Burtona była mi wtedy dość słabo znana (kojarzyłem chyba jedynie "Gnijącą Pannę Młodą", "Edwarda..." i filmy o "Batmanie") lecz od wczesnego dzieciństwa nieprzerwanie pozostawałem miłośnikiem świata stworzonego przez Carrolla, a właściwie dziecięcym wyobrażeniem na jego temat, gdyż do oryginału dotarłem chyba dopiero w czasach gimnazjum. Moją wizję Krainy Czarów ukształtowały zatem cienkie książeczki dla dzieci, dwuczęściowy musical telewizyjny Harry'ego Lewisa z 1985 roku i przede wszystkim polskie słuchowisko z lat 70-tych z Magdaleną Zawadzką w roli tytułowej.

Niestety moje oczekiwania odnośnie filmu Burtona okazały się zbyt wygórowane i po drugim seansie nadal uważam, że spośród wszystkich obejrzanych przeze mnie jego dzieł, to jest zdecydowanie najsłabsze. Myślę jednak, że winą obarczyć należy przede wszystkim Lindę Woolverton, która postanowiła zaprezentować nam niezwykle banalną historię, typową dla współczesnych animacji komputerowych, takich jak "Shrek" czy "Epoka lodowcowa", w których takie rozwiązania wypadają dobrze, gdyż idą w parze ze sporą dawką lekkiego humoru. Niestety w przypadku "Alicji...", bazującej na historii z założenia pozbawionej ciągu przyczynowo-skutkowego, taki schemat zupełnie się nie sprawdził. Misja głównej bohaterki i stosunek mieszkańców Krainy do jej osoby głęboko mnie rozczarowały. Powieściowa Alicja nie była bowiem w stanie tak łatwo nawiązać porozumienia z napotkanymi istotami. Może twórcy filmu postanowili dokonać tej drastycznej zmiany ze względu na dojrzałość filmowej bohaterki?


Patrząc na "Alicję..." przez pryzmat przywołanego przeze mnie wczoraj "Sweeney Todd'a" zastanawiam się, czy tamten film również wypadłby w moich oczach równie słabo, gdybym musical Sondheima darzył sentymentem podobnym do tego, jaki odczuwam względem powieści Carrolla. Podobnie jak w produkcji o demonicznym golibrodzie tutaj również mamy dopracowaną i przyjemną dla oka warstwę wizualną. Ciekawa charakteryzacja w połączeniu z plastycznymi efektami komputerowymi dała naprawdę imponujący efekt. Muzyka choć niezbyt wyrazista, dobrze komponowała się z obrazem i stanowiła solidne dopełnienie przedstawionych na ekranie wydarzeń. Jeśli chodzi o aktorstwo, pamiętam, że za pierwszym razem niezbyt podobała mi się kreacja Anne Hathaway i Mii Wasikowskiej, jednak po ponownej projekcji uważam, że całkiem dobrze obroniły swoje bohaterki. Z kolei filmowe wcielania Johnny'ego Deppa i Heleny Bonham Carter niezmiennie pozostają dla mnie najmocniejszymi punktami całej produkcji. 

Po dwóch seansach "Alicji..." uważam, że w tym filmie tkwił dość spory potencjał, który został całkowicie zmarnowany przez słaby scenariusz i banalną historię, odzierając przedstawioną opowieść z jakiegokolwiek klimatu. A przecież mogło być tak pięknie...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dodaj komentarz